chłopiec, którego nie było
siedział sobie gdzieś w środku,
a może leżał
tak daleko od rzeczywistości schowany,
że mógłby wydawać się pchłą
głębi szukał w sobie i w swoim strachu
i znajdywał ją niezmiennie
tam też się zanurzał i obracał bez końca
każdy kierunek taki sam
— jak tu zwrócić się do słońca?
wschody i zachody były mu obce
w gwiazdach widział mapy, a w ogniu ludzką historię
w górach szkielety dawnych istnień
w zawiewie motylich skrzydeł
— konieczność stojącą otworem
chciał być sam i sam był
wspólnotę darząc ogładą, jaką spotkał był za młodu
cierpiał więc za wszelką cenę po to,
by nie utracić ostatniego pierwiastka istnienia
i bronił tej baszty samostanowienia
jakby już niczym nie był mniej
niż sprzeciwem
lecz choćby szacunek miał wyrywać
wobec porywów wiatru i czasu,
wobec krachu chmur i słońca,
i choćby zaorać miał swoje wiersze
i wstrzymać pływy serca,
choćby zapomnieć miał wszystkiego co na powierzchni
— korzeni nie wyrwie, jest przecież rośliną
a gdy usychał nie po raz pierwszy w swoich oczach,
tę jedną spuściznę pewien był, że zostawiał:
na nagrobku imię jego i nazwisko nadane,
szary kamień serca
szary kamień nad martwym ciałem
żal mi go
można go tylko studiować, bo zbliżyć się nie sposób
jest godny żalu - ma rację
żal mi go bardzo
nie wiem o nim nic, a on nic o mnie
w pokoju ciemnym uzbrojony w ciemnię,
bez symboli ni światła
śpi głęboko i spokojnie
zmysły z umysłu wycięte
koszmary sny wyplewione
pole murem obleczone
przeciw miłości i wojnie;
na polu rośnie ziemniak
korzeń bulwiasty choć płytki
akurat do pożywienia
czy widzisz to zaćmienie?
czy to dla ciebie pełnia?